<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Aby było lepiej...">
<author_1="A. Brzoza">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="7">
<date="1951-07-01">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Otworzyła powoli oczy i nagle uśmiechnęła szeroko, spostrzegając, że to przecież nie Czarnocin a mieszkanie jej siostry w Ursusie pod Warszawą. Uniosła lekko głowę. Z sąsiedniego pokoju, przez uchylone drzwi dochodziły równe oddechy śpiącej siostry, jej męża i obojga dzieci. Helena nie chcąc czynić zamieszania, przyłożyła głowę napowrót do poduszki. Przecież szwagier dziś ma popołudniową pracę w fabryce. Helenę ogarnęły wspomnienia wczorajszego dnia. Biegały przecież wczoraj z Franką calutki dzień po Warszawie, nie mogąc się napatrzeć ile to się od ostatniej jej bytności zmieniło w stolicy. Zgrzane i zakurzone ale w świetnych humorach, wróciły wieczorem do domu, a potem jeszcze do późna w noc — jak to mówi szwagier — „rajcowały". Bo choć siostry rodzone, od 16 już lat mieszkały osobno. Helena pozostała nadal w rodzinnym Czarnocinie, Franka zaś, po wyjściu za mąż, przeniosła się z mężem do Warszawy, a ostatnio do Ursusa, gdzie Bazylczuk pracował, jako monter w fabryce traktorów. Nieraz Helena zazdrościła po cichu siostrze, że udało się jej wyrwać, z wiejskiej biedy, czterohektarowego gospodarstwa, że inaczej, lżej się potoczyło życie w mieście. Ale cóż, próbowała przecież i ona. Starał się długo i bezskutecznie o jakieś zajęcie w fabryce jej mąż. Chodził na próżno w poszukiwaniu dla nich pracy i szwagier. Były to czasy, że z największym trudem bronili się od redukcji ci, co to już pracowali, to chodzili nieraz przez kilka miesięcy do fabryki po trzy dni w tygodniu. Gdzie tu było myśleć o dostaniu zajęcia dla niewykwalifikowanego robotnika. Potem zaczęły szybko przybywać dzieci. Trzeba było harować w gospodarce od świtu do nocy, aby wszystkie gęby głodne nakarmić.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
